Żółwie, kokosy i tuńczyki – katamaranem przez tropikalne Seszele
Ten rejs zaczął się na długo przed pierwszym postawieniem nogi na pokładzie. Jak większość wypraw na Seszele, również i ta zaczęła się w Warszawie — od długiego lotu z przesiadką na Bliskim Wschodzie. Najczęściej są to połączenia przez Dohę z Qatar Airways albo przez Dubaj liniami Emirates. W obu przypadkach podróż jest raczej komfortowa. Na Mahe ląduje się zwykle wcześnie rano. To bardzo dobra wiadomość dla załogi — mamy cały poranek, by spokojnie odebrać bagaże, zorganizować transfer i dotrzeć do mariny bez pośpiechu. W takim układzie zdecydowanie polecam opcję early check-in w bazie czarterowej. Po kilkunastu godzinach w samolotach możliwość wcześniejszego wejścia na jacht, wzięcia prysznica i wypicia kawy na pokładzie jest bezcenna. Baza czarterowa na Seszelach znajduje się na głównej wyspie Mahe, praktycznie na trasie między lotniskiem a Victorią — stolicą kraju. Mieści się na Eden Island, sztucznie usypanej wyspie hotelowo-resortowej, na której znajduje się marina. To właśnie tutaj bazują wszystkie jachty czarterowe, stąd rozpoczyna się większość rejsów po archipelagu. Seszele są królestwem katamaranów. Jednostki jednokadłubowe to rzadkość. I trudno się dziwić — katamaran jest tutaj po prostu najlepszym wyborem. Na Oceanie Indyjskim często występuje zafalowanie, które na dwóch kadłubach odczuwa się znacznie mniej. Do tego dochodzi bardzo skromna infrastruktura portowa na wyspach — komfort życia na katamaranie, jego przestrzeń i autonomia są w takich warunkach ogromną przewagą. My wybraliśmy katamaran Lagoon 46. Jednostka sprawdzona, wygodna i dobrze przemyślana do tego typu rejsów. Flybridge z poduszkami i dobrym widokiem, duża strefa wypoczynkowa na dziobie, generator, odsalarka, klimatyzacja — pełne wyposażenie pozwalające funkcjonować niezależnie od portów. To istotne, bo na Seszelach zdecydowaną większość nocy, jeśli nie wszystkie, spędza się na kotwicy. Przełom grudnia i stycznia, okres sylwestrowy to środek pory deszczowej. Prognozy zapowiadały sporo opadów i wysoką wilgotność. W praktyce wygląda to jednak inaczej niż na mapach pogodowych — deszcze są intensywne, ale krótkie. Przeplatają się z silnym słońcem, wysoką temperaturą i spokojnymi warunkami żeglarskimi. Mieliśmy trochę chmur, trochę deszczu, ale przede wszystkim dużo słońca. Wszyscy wróciliśmy z rejsu bardzo wyraźnie opaleni. Jednym z elementów, który wyróżniał ten rejs, był fakt, że od pierwszego dnia mieliśmy na pokładzie lokalnego kucharza. Mikel — bo tak miał na imię — wcześniej pracował jako szef kuchni w lokalnej restauracji. W czasie pandemii zmienił ścieżkę zawodową i od kilku lat pływa na jachtach czarterowych, wynajmowany przez armatorów jako pokładowy cook. Gotuje kuchnię kreolską, jak sam ją nazywa: kuchnię swojej mamy. To nie była hotelowa interpretacja lokalnych smaków, tylko prawdziwe seszelskie jedzenie, oparte na rybach, owocach morza, warzywach, ryżu, mleku kokosowym i przyprawach, szczególnie curry i sosie sojowym. Mikel zrobił dla nas zakupy jeszcze przed naszym przylotem. Gdy tylko odebraliśmy jacht i załadowaliśmy ogromne ilości jedzenia na pokład, rozpoczęliśmy rejs. Bez odkładania przygody na „jutro”, ruszyliśmy odrazu. W sobotę popołudniu obrałem cel bardzo niedaleko, Park Narodowy Sainte-Anne, na jedno z najbardziej znanych kotwicowisk w tej części archipelagu. Po rzuceniu kotwicy nie odpoczywaliśmy, dinghy do wody, załoga na pokład pontonu i kierunek eksploracja: Il Moyenne. Pierwszy kontakt z Seszelami: biały piasek, palmy kokosowe pochylone nad wodą, ciepłe morze i zachód słońca, który przypomina, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie mieliśmy być. Dni na Seszelach są krótkie i długie jednocześnie. Słońce zachodzi około 18:30 i bardzo szybko robi się ciemno. Z drugiej strony — już po 6:00 jest jasno i dzień zaczyna się na nowo. Mamy w praktyce około 12 godzin światła dziennie, dlatego warto wykorzystywać każdy poranek i nie zwalczyć budzenie się w innej strefie czasowej. Po powrocie na katamaran czekała na nas pierwsza kolacja przygotowana przez Mikela. I od razu było jasne, że ta decyzja, o kucharzu na pokładzie, była świetnaPo długim locie, intensywnym dniu i pierwszym kontakcie z tropikami, około 21:00 wszyscy byli już kompletnie wykończeni. Cisza na kotwicy, delikatne kołysanie i tropikalna noc zrobiły swoje. Następnego poranka wstałem jeszcze przed resztą załogi. Polatałem dronem nad mini archipelagiem Sainte-Anne, wskoczyłem do wody, zaparzyłem kawę.Swoją drogą: jeśli ktoś lubi kawę, bardzo polecam Café des Illes — stuprocentową arabikę paloną na Seszelach. Tego dnia miałem jeden osobisty cel: złowić tuńczyka.Region słynie z dużej ilości ryb, więc jeszcze przed wyjazdem kupiłem solidny zestaw do trollingu — wędkę przystosowaną do ciągnięcia przynęty za płynącym jachtem. Ruszyliśmy po śniadaniu w kierunku Praslin. Plan był jasny: najpierw intensywnie eksplorujemy północne wyspy — Praslin, La Digue i Curieuse — a dopiero później wracamy na Mahe, by spędzić Sylwestra w okolicach Eden Island, gdzie mieliśmy zaplanowane spotkanie ze znajomymi i imprezę na Mahe. Odległość z Parku Sainte-Anne do Praslin to niecałe 30 mil, około czterech godzin spokojnej żeglugi.Po nieco ponad godzinie usłyszałem dźwięk, który każdy wędkarz zapamiętuje na długo — charakterystyczny świst multiplikatora, gdy ryba ciągnie żyłkę. Pierwszy tuńczyk. Mały, kilkukilowy bonito, ale emocje jak przy trofeum.W ciągu kolejnych dwóch godzin złapały się jeszcze dwa. Trzy tuńczyki przed obiadem — start połowu zdecydowanie powyżej oczekiwań. Na lunch zakotwiczyliśmy przy Round Island, koło Praslin. Rafa, jasna plaża, kilka innych katamaranów w zasięgu wzroku. Na Seszelach najważniejsze jest unikanie zatok i plaż, do których dochodzi oceaniczny swell. Jeśli fala rozbija się o plażę lub rafę, desant pontonem bywa niebezpieczny lub po prostu niemożliwy. Szczególnie zdradliwe są południowo-wschodnie zatoki La Digue — nawet przy sprzyjającym monsunie północno-zachodnim potrafią mieć potężną, łamiącą się falę. Dlatego szukamy miejsc osłoniętych, z czystym wejściem, bezpiecznych zarówno dla katamaranu, jak i dla dinghy. Kolejnym punktem programu była La Digue.Dopłynęliśmy tam już wieczorem, tak aby następnego dnia od rana ruszyć z eksploracją wyspy. Najpopularniejszy środek transportu na La Digue to rower — i to zdecydowanie najlepsza opcja. Wypożyczenie sześciu sztuk nie było łatwe, bo akurat tego dnia do wyspy przybił statek wycieczkowy i pół wyspy jednocześnie próbowało wynająć jednoślady. Udało się, co od razu poprawiło nam nastroje. Trasa rowerowa jest zaskakująco przyjemna. Większość drogi biegnie w cieniu drzew. To sprawia, że nawet w środku dnia jazda nie jest męcząca.Dojechaliśmy aż do Grand Anse — jednej z najbardziej znanych, południowych plaż La Digue. W praktyce są tam trzy sąsiadujące ze sobą plaże, ale to właśnie Grand Anse uchodzi za najbardziej pocztówkową. I nie bez powodu. Spędziliśmy tam niemal cały dzień, z przerwą









