Autor: admin

Uncategorized

Żółwie, kokosy i tuńczyki – katamaranem przez tropikalne Seszele

Ten rejs zaczął się na długo przed pierwszym postawieniem nogi na pokładzie. Jak większość wypraw na Seszele, również i ta zaczęła się w Warszawie — od długiego lotu z przesiadką na Bliskim Wschodzie. Najczęściej są to połączenia przez Dohę z Qatar Airways albo przez Dubaj liniami Emirates. W obu przypadkach podróż jest raczej komfortowa. Na Mahe ląduje się zwykle wcześnie rano. To bardzo dobra wiadomość dla załogi — mamy cały poranek, by spokojnie odebrać bagaże, zorganizować transfer i dotrzeć do mariny bez pośpiechu. W takim układzie zdecydowanie polecam opcję early check-in w bazie czarterowej. Po kilkunastu godzinach w samolotach możliwość wcześniejszego wejścia na jacht, wzięcia prysznica i wypicia kawy na pokładzie jest bezcenna. Baza czarterowa na Seszelach znajduje się na głównej wyspie Mahe, praktycznie na trasie między lotniskiem a Victorią — stolicą kraju. Mieści się na Eden Island, sztucznie usypanej wyspie hotelowo-resortowej, na której znajduje się marina. To właśnie tutaj bazują wszystkie jachty czarterowe, stąd rozpoczyna się większość rejsów po archipelagu. Seszele są królestwem katamaranów. Jednostki jednokadłubowe to rzadkość. I trudno się dziwić — katamaran jest tutaj po prostu najlepszym wyborem. Na Oceanie Indyjskim często występuje zafalowanie, które na dwóch kadłubach odczuwa się znacznie mniej. Do tego dochodzi bardzo skromna infrastruktura portowa na wyspach — komfort życia na katamaranie, jego przestrzeń i autonomia są w takich warunkach ogromną przewagą. My wybraliśmy katamaran Lagoon 46. Jednostka sprawdzona, wygodna i dobrze przemyślana do tego typu rejsów. Flybridge z poduszkami i dobrym widokiem, duża strefa wypoczynkowa na dziobie, generator, odsalarka, klimatyzacja — pełne wyposażenie pozwalające funkcjonować niezależnie od portów. To istotne, bo na Seszelach zdecydowaną większość nocy, jeśli nie wszystkie, spędza się na kotwicy. Przełom grudnia i stycznia, okres sylwestrowy to środek pory deszczowej. Prognozy zapowiadały sporo opadów i wysoką wilgotność. W praktyce wygląda to jednak inaczej niż na mapach pogodowych — deszcze są intensywne, ale krótkie. Przeplatają się z silnym słońcem, wysoką temperaturą i spokojnymi warunkami żeglarskimi. Mieliśmy trochę chmur, trochę deszczu, ale przede wszystkim dużo słońca. Wszyscy wróciliśmy z rejsu bardzo wyraźnie opaleni. Jednym z elementów, który wyróżniał ten rejs, był fakt, że od pierwszego dnia mieliśmy na pokładzie lokalnego kucharza. Mikel — bo tak miał na imię — wcześniej pracował jako szef kuchni w lokalnej restauracji. W czasie pandemii zmienił ścieżkę zawodową i od kilku lat pływa na jachtach czarterowych, wynajmowany przez armatorów jako pokładowy cook. Gotuje kuchnię kreolską, jak sam ją nazywa: kuchnię swojej mamy. To nie była hotelowa interpretacja lokalnych smaków, tylko prawdziwe seszelskie jedzenie, oparte na rybach, owocach morza, warzywach, ryżu, mleku kokosowym i przyprawach, szczególnie curry i sosie sojowym. Mikel zrobił dla nas zakupy jeszcze przed naszym przylotem. Gdy tylko odebraliśmy jacht i załadowaliśmy ogromne ilości jedzenia na pokład, rozpoczęliśmy rejs. Bez odkładania przygody na „jutro”, ruszyliśmy odrazu. W sobotę popołudniu obrałem cel bardzo niedaleko, Park Narodowy Sainte-Anne, na jedno z najbardziej znanych kotwicowisk w tej części archipelagu. Po rzuceniu kotwicy nie odpoczywaliśmy, dinghy do wody, załoga na pokład pontonu i kierunek eksploracja: Il Moyenne. Pierwszy kontakt z Seszelami: biały piasek, palmy kokosowe pochylone nad wodą, ciepłe morze i zachód słońca, który przypomina, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie mieliśmy być. Dni na Seszelach są krótkie i długie jednocześnie. Słońce zachodzi około 18:30 i bardzo szybko robi się ciemno. Z drugiej strony — już po 6:00 jest jasno i dzień zaczyna się na nowo. Mamy w praktyce około 12 godzin światła dziennie, dlatego warto wykorzystywać każdy poranek i nie zwalczyć budzenie się w innej strefie czasowej. Po powrocie na katamaran czekała na nas pierwsza kolacja przygotowana przez Mikela. I od razu było jasne, że ta decyzja, o kucharzu na pokładzie, była świetnaPo długim locie, intensywnym dniu i pierwszym kontakcie z tropikami, około 21:00 wszyscy byli już kompletnie wykończeni. Cisza na kotwicy, delikatne kołysanie i tropikalna noc zrobiły swoje. Następnego poranka wstałem jeszcze przed resztą załogi. Polatałem dronem nad mini archipelagiem Sainte-Anne, wskoczyłem do wody, zaparzyłem kawę.Swoją drogą: jeśli ktoś lubi kawę, bardzo polecam Café des Illes — stuprocentową arabikę paloną na Seszelach. Tego dnia miałem jeden osobisty cel: złowić tuńczyka.Region słynie z dużej ilości ryb, więc jeszcze przed wyjazdem kupiłem solidny zestaw do trollingu — wędkę przystosowaną do ciągnięcia przynęty za płynącym jachtem. Ruszyliśmy po śniadaniu w kierunku Praslin. Plan był jasny: najpierw intensywnie eksplorujemy północne wyspy — Praslin, La Digue i Curieuse — a dopiero później wracamy na Mahe, by spędzić Sylwestra w okolicach Eden Island, gdzie mieliśmy zaplanowane spotkanie ze znajomymi i imprezę na Mahe. Odległość z Parku Sainte-Anne do Praslin to niecałe 30 mil, około czterech godzin spokojnej żeglugi.Po nieco ponad godzinie usłyszałem dźwięk, który każdy wędkarz zapamiętuje na długo — charakterystyczny świst multiplikatora, gdy ryba ciągnie żyłkę. Pierwszy tuńczyk. Mały, kilkukilowy bonito, ale emocje jak przy trofeum.W ciągu kolejnych dwóch godzin złapały się jeszcze dwa. Trzy tuńczyki przed obiadem — start połowu zdecydowanie powyżej oczekiwań. Na lunch zakotwiczyliśmy przy Round Island, koło Praslin. Rafa, jasna plaża, kilka innych katamaranów w zasięgu wzroku. Na Seszelach najważniejsze jest unikanie zatok i plaż, do których dochodzi oceaniczny swell. Jeśli fala rozbija się o plażę lub rafę, desant pontonem bywa niebezpieczny lub po prostu niemożliwy. Szczególnie zdradliwe są południowo-wschodnie zatoki La Digue — nawet przy sprzyjającym monsunie północno-zachodnim potrafią mieć potężną, łamiącą się falę. Dlatego szukamy miejsc osłoniętych, z czystym wejściem, bezpiecznych zarówno dla katamaranu, jak i dla dinghy. Kolejnym punktem programu była La Digue.Dopłynęliśmy tam już wieczorem, tak aby następnego dnia od rana ruszyć z eksploracją wyspy. Najpopularniejszy środek transportu na La Digue to rower — i to zdecydowanie najlepsza opcja. Wypożyczenie sześciu sztuk nie było łatwe, bo akurat tego dnia do wyspy przybił statek wycieczkowy i pół wyspy jednocześnie próbowało wynająć jednoślady. Udało się, co od razu poprawiło nam nastroje. Trasa rowerowa jest zaskakująco przyjemna. Większość drogi biegnie w cieniu drzew. To sprawia, że nawet w środku dnia jazda nie jest męcząca.Dojechaliśmy aż do Grand Anse — jednej z najbardziej znanych, południowych plaż La Digue. W praktyce są tam trzy sąsiadujące ze sobą plaże, ale to właśnie Grand Anse uchodzi za najbardziej pocztówkową. I nie bez powodu. Spędziliśmy tam niemal cały dzień, z przerwą

Uncategorized

Wyspy Eolskie czyli wulkaniczne serce Europy

Rejs kończący sezon zawsze ma w sobie coś wyjątkowego. W powietrzu czuć już pierwsze oznaki jesieni, w marinach panuje spokój, a woda wciąż pamięta letnie słońce. W tym roku nasza flota, złożona z dwóch Dufourów 470, wyruszyła z Portorosy, położonej na północy Sycylii. Dojazd do mariny nie należał do najłatwiejszych — dwie godziny transferu z lotniska potrafią zmęczyć, ale na miejscu czekała na nas miła niespodzianka. Ponieważ był to już koniec sezonu, odbiór jachtów przebiegł wyjątkowo sprawnie. Obie jednostki były przygotowane, gotowe do wyjścia w morze, a cała marina tętniła jeszcze ostatnim oddechem żeglarskiego roku. Załogi podzieliliśmy między dwa jachty prowadzone przez kapitanów, których sam miałem okazję szkolić — to dawało spokój i satysfakcję, że flota jest w dobrych rękach. Plan zakładał, że pierwszym celem będzie Mesyna, gdzie w niedzielę mieli dołączyć dwaj brakujący członkowie załogi. Aby dotrzeć tam na czas, ruszyliśmy z Portorosy jeszcze tego samego dnia, kierując się ku Milazzo. Wieczór zapadał szybko — o tej porze roku słońce znika za horyzontem już około dziewiętnastej. Do Milazzo dopłynęliśmy po zmroku, manewrując w ciasnej marinie. Mimo ograniczonego miejsca udało się stanąć longside, co przy prawie pięćdziesięciostopowych jednostkach zawsze daje satysfakcję. Następnego ranka odbiliśmy od kei i obraliśmy kurs na Mesynę. Po drodze mijaliśmy jachty biorące udział w regatach Rolex Middle Sea Race — sunęły po wodzie z precyzją i prędkością, a my ustępowaliśmy im miejsca, podziwiając ich zgranie i technikę. Cieśnina Mesyńska, znana z silnych prądów, wymagała czujności, ale tego dnia morze było po naszej stronie — nurt pomógł nam zarówno przy wejściu, jak i przy wyjściu z mariny. Po dołączeniu brakujących załogantów flota była w komplecie. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy ruszyć z powrotem na zachód, w kierunku południowej zatoki wyspy Vulcano — idealnego miejsca na rozpoczęcie eksploracji archipelagu. Czekała nas nocna żegluga, którą przywitaliśmy z ekscytacją. Światła nawigacyjne, cisza przerywana jedynie szumem wody i ciepła herbata tworzyły klimat, który zna każdy żeglarz — ten moment, gdy wszystko, co zbędne, zostaje na lądzie. Rankiem, gdy wyspa Vulcano zanurzyła się w blasku słońca, podzieliliśmy się na grupy i ruszyliśmy w stronę zachodniego wybrzeża. Za cumowaliśmy do pomostów mini mariny przy skalistym brzegu i rozpoczęliśmy trekking na szczyt krateru. Krótki lecz dość intensywny. Widok z góry zapierał dech w piersiach. Słońce prześwietlało dymiące wzgórza, w powietrzu unosił się zapach siarki, a kolory skał przechodziły od czerni po pomarańcz i żółć. Z wysokości widać było właściwie cały archipelag — od zachodu Alikudi i Filikudi, dalej Lipari, a za nią przysłoniętą nieco Salinę z najwyższym szczytem Wysp Liparyjskich. Na wschodzie majaczyła Panarea, a w oddali, jak latarnia na końcu świata, dymił Stromboli. Patrząc z góry, mieliśmy wrażenie, że widzimy przed sobą plan całego tygodnia żeglugi. Wieczorem, korzystając z wyposażenia naszych jachtów tj. Zewnętrznego grilla, postanowiliśmy urządzić wspólną kolację na rufie. Po drobnych zakupach obraliśmy kurs na południową zatokę Panarei. Dotarliśmy tam tuż po zachodzie słońca — idealny moment, by rozpocząć integrację. Ciepły wieczór, spokojna woda i dwa oświetlone jachty połączone w tratwę. Przez to, że jachty były identyczne, musieliśmy łączyć się przesunięte od siebie o około dwa metry. Tak, żeby rozkołys nie spowodował uszkodzenia masztów. Szczególnie przez falę generowaną przez przepływające w pobliżu promy. Następnego dnia wiatr zapowiadał się rześki, z południa, więc zaplanowaliśmy pełen żeglarski dzień. Po krótkim postoju na wyspie Basiluzzo, gdzie stanęliśmy na kotwicy w pobliżu monumentalnych skał, zjedliśmy obiad z widokiem na wulkaniczne formacje. Kotwiczenie w tym rejonie wymagało jednak czujności — dno gwałtownie opada, pełne jest kamieni i głazów. Dlatego rzucaliśmy sporo łańcucha, ale nie zaciągaliśmy kotwicy, a nocami utrzymywaliśmy wachty kotwiczne, by mieć pewność, że wszystko pozostaje pod kontrolą. Wieczorem dotarliśmy pod Stromboli. Po zachodzie słońca ruszyliśmy wzdłuż północnych stoków wulkanu, by z bezpiecznej odległości obserwować spektakl natury. Co kilka minut na tle czarnego nieba pojawiały się czerwone rozbłyski, a rozgrzane głazy spadały po zboczach w kierunku morza. Huk, który temu towarzyszył, był jak pomruk ziemi. To jedno z tych doświadczeń, które trudno porównać z czymkolwiek — nocna żegluga w ciszy, przy świetle lawy, to czyste piękno i pokora wobec natury. Po nasyceniu się widokami obraliśmy kurs na Salinę. Wiatr od zachodu, w porywach do piętnastu węzłów, pozwolił nam płynąć w bajdewindzie, w pełni ciesząc się żeglowaniem. Niebo było czyste, a morze spokojne — klasyczna, jesienna noc pod żaglami. Dopłynęliśmy około drugiej w nocy, zmęczeni, ale zadowoleni. Rano ruszyliśmy na szczyt wulkanu, najwyższy punkt całych Wysp Liparyjskich. Prawie tysiąc metrów przewyższenia na zaledwie czterech i pół kilometra trasy. Podejście było strome i wymagające, miejscami błotniste, z drewnianymi schodkami i kamienistymi fragmentami. Po dwóch godzinach wspinaczki dotarliśmy na szczyt — niestety spowity chmurą. Wulkany mają to do siebie, że często trzymają własną pogodę. Widoków nie było, ale satysfakcja ogromna. Zejście, po deszczu i błocie, było jeszcze trudniejsze, ale każdy z nas czuł, że zdobył coś więcej niż tylko górę. Po południu, gdy deszcz ustąpił, postawiliśmy żagle i obraliśmy kurs na zachód, w stronę Filicudi. Kolejna wieczorna żegluga, kolejny moment, kiedy morze i niebo stapiają się w jedno. Cumowaliśmy późno, zmęczeni, ale szczęśliwi, zasnęliśmy niemal natychmiast. Następnego dnia ruszyliśmy ku Lipari, planując spędzić tam dwie noce. Po drodze zatrzymaliśmy się w małej zatoce, by popływać, po eksplorować skały i odpocząć. Do Lipari dopłynęliśmy około piętnastej. Wyspa przywitała nas spokojem — niewielka, z klimatem włoskiego miasteczka, w którym czas płynie wolniej. Część załogi wypożyczyła skutery i objechała wyspę dookoła, odkrywając tarasy widokowe i ciche plaże. Postój w osłoniętej od zachodnich wiatrów marinie okazał się strzałem w dziesiątkę — przez cały dzień mocno wiało, a my mogliśmy spokojnie odpocząć. Następnego ranka, po zatankowaniu paliwa przy dość rozfalowanej stacji, ruszyliśmy na południe, w kierunku Sycylii. Chcieliśmy spędzić ostatni wieczór w spokojnej zatoce. Znaleźliśmy piaszczystą mierzeję osłoniętą od fal, gdzie morze było gładkie jak lustro. Temperatura wciąż wysoka, więc spędziliśmy dzień na pływaniu, skokach do wody i spacerach po sennej miejscowości. Ostatniego dnia przed powrotem do Portorosy postanowiliśmy zakończyć sezon w żeglarskim stylu — połączyliśmy jachty fałami i urządziliśmy spontaniczną zabawę. Jedna osoba z każdej załogi trzymała liny między jachtami, a gdy jednostki zaczynały się rozchodzić, śmiałkowie wystrzeliwali w powietrze i z

Uncategorized

Sporady Północne czyli zielone perełki Grecji

Dwutygodniowy rejs po Północnych Sporadach to dla nas coś nowego. Ten region jest piękny, ale logistycznie trochę bardziej wymagający. Na Skiathos nie ma wielu lotów, lotnisko jest małe, a lądowanie tu robi wrażenie – pas zaczyna się dosłownie przy wodzie. Za to dojazd do bazy czarterowej jest wyjątkowo prosty. Pięć minut taksówką, 10 euro, i jesteśmy przy marinie. W bazie stoi zaledwie kilkadziesiąt jachtów. To czuć od razu – mniejszy ruch, bardziej lokalny klimat, zero wielkiego przemysłu czarterowego, który znamy z Aten czy Lefkady. My przylecieliśmy wcześniej z Sarą, a nasza włoska załoga miała pojawić się dopiero popołudniem. W tym czasie ogarnialiśmy odbiór jachtu i przygotowanie go do rejsu. Na ten wyjazd mieliśmy Oceanisa 46, lubię żeglować jachtami ze stoczni Beneteau. Tutaj jednak widać było, że konkurencja jest mała. Grecy nie mają presji, żeby trzymać jachty w idealnym stanie. Nasz był trochę zużyty i posprzątany tak sobie. Taki minus czarterowania w miejscu, gdzie flota jest mała i rotacja niewielka. Ciekawostką Północnych Sporad jest to, że to właśnie tutaj „rodzi się” Meltemi. Ten znany wiatr z północy powstaje, gdy wyż nad Peloponezem spotyka się z niżem nad Turcją, tworząc coś w rodzaju dyszy. Tutaj, na północy, dopiero nabiera życia, dlatego warunki są spokojniejsze niż na Cykladach. Wieje, ale zazwyczaj tak, że można z przyjemnością żeglować, bez walki o każdą milę. Przed nami dwa tygodnie pływania po wyspach, które mają zupełnie inny rytm niż reszta Grecji. Już na starcie czuliśmy, że to będzie spokojniejszy, bardziej lokalny rejs – taki, w którym ważniejsze jest morze i załoga niż wielkie porty i tłum turystów. Pierwsze dni rejsu potwierdziły to, za co lubimy Grecję. Już po wyjściu z mariny wróciły nasze stałe rytuały: freddo espresso metrio, czyli jedyne miejsce na świecie, gdzie piję kawę z cukrem, oraz szybki gyros w picie jako stały element doświadczania Grecji. W Sporadach czuć też kontrast wobec Cyklad — tu jest zielono, wyspy mają sosnowe zbocza, nie są wypalone słońcem. Inny klimat, spokojniejszy. Po odbiorze Oceanisa i krótkich przygotowaniach od razu wyszliśmy z mariny Skiathos na pierwszą zatoczkę. Noc wcześniej mieliśmy ciężki dolot i słabo spaliśmy, więc chcieliśmy zacząć spokojniej. Niestety początek miał też swój minus — zahaczyłem dronem o wanty podczas nagrywania i wpadł do wody. Staliśmy na dużej głębokości, więc nie mieliśmy jak go wyciągnąć. Start rejsu z przygodami. Prognozy pokazywały trochę więcej wiatru przez pierwsze dni, więc plan był prosty: zamiast iść od razu na wschód Sporad, ruszyliśmy na zachód, w stronę półwyspu poniżej Volos. Celem była Trikeri i okoliczne zatoki, osłonięte i dobre na przeczekanie mocniejszego wiatru. Pierwsze dwa dni to spokojne żeglowanie w tamtą stronę. Sama Trikeri okazała się bardzo fajnym miejscem, ale podejście do portu wymagało uwagi. Rzucanie kotwicy w tym porcie nie jest łatwe — mało miejsca, możliwość zaplątania kotwicy w mooringi. Pomogło to, że wcześniej skontaktowaliśmy się z restauratorem, którego tawerna stoi tuż przy nabrzeżu. To stary, sprawdzony sposób na Grecję: zanim zacznie się manewry, warto zadzwonić do restauracji, w której chce się zjeść kolację. Zazwyczaj ktoś z obsługi wyjdzie, poda wskazówki lub nawet pomoże przy cumowaniu. Oszczędza to stres. Jedną z najlepszych rzeczy w Grecji jest to, że po zacumowaniu jachtu można po prostu zejść na ląd i po minucie siedzieć przy stoliku w tawernie. My od razu zamówiliśmy freddo espresso, świeży sok pomarańczowy i kilka prostych przekąsek. Feta saganaki i grillowane halloumi to nasz klasyk. Tuż obok, na palach, suszyła się ośmiornica — typowy widok, który zawsze przypomina, gdzie jesteśmy. W porcie trochę bujało, bo Trikeri nie jest miejscem odsłoniętym, ale i tak było przyjemnie. Ruszyliśmy z powrotem na wschód. Tym razem pod wiatr, kilkanaście, nawet do 20 węzłów. Oceanis prowadził się szampańsko i żegluga była przyjemna. Minęliśmy Skiathos, rzuciliśmy kotwicę przy jednej z zatoczek i kierowaliśmy się dalej w stronę Skopelos. Sporady mają coś, czego często brakuje w Chorwacji czy na skalistych wyspach Morza Jońskiego — plaże. Na Skiathos można znaleźć sporo piaszczystych plaż, gdzie kotwiczy się blisko brzegu, a pontonem dopływa w dwie minuty. Dla rodzin idealne miejsce. Minusem są motorówki, które kursują cały dzień i robią fale, więc postój bywa nie spokojny. Ale sama możliwość wejścia bosą stopą na miękki piasek w Grecji to duży plus. Na noc weszliśmy do zachodniej zatoki Skopelos. Jest głęboka i dobrze osłonięta. Stanęliśmy „po grecku”: kotwica na środku, a z rufy długie żółte liny do skał na brzegu. Prosty manewr, a daje poczucie spokoju. Na rufie stworzyło się turkusowe kąpielisko — bezpieczne, bez możliwości kręcenia się po za noce jak na luźnej kotwicy. Załoga od razu popłynęła pontonem na plażę. Ten rejs od początku planowaliśmy jako rodzinny, spokojny, bez pośpiechu. Dwa tygodnie to wystarczająco dużo, żeby nie gonić po każdej wyspie, tylko spędzać czas na plaży, kąpać się i po prostu odpoczywać. Plan od początku był jasny: na koniec pierwszego tygodnia i początek drugiego chcieliśmy dopłynąć do Kira Panagia. To park narodowy, znany z niesamowitych turkusów, jednych z najpiękniejszych w całej Grecji. Po drodze minęliśmy ciekawy wrak, częściowo wyrzucony na brzeg. Idealne miejsce na przerwę, obiad i krótkie pływanie. Wrak wystaje znacząco ponad wodę, więc bardziej przypomina atrakcję do skakania i wspinania niż typową miejscówkę do snorklowania.  Ideą rejsu było wyszukiwanie zatoczek z plażami i małymi tawernami. Rzucaliśmy kotwicę, spędzaliśmy cały dzień w jednej zatoce, dzieci bawiły się w wodzie, a my piliśmy freddo espresso, relaksowaliśmy się i cieszyliśmy prostą grecką kuchnią. Wieczorem kolacja w tawernie przy samej plaży — niespiesznie, bez pośpiechu, dokładnie tak, jak lubimy. Pod koniec tygodnia dopłynęliśmy do Kira Panagia. I tam naprawdę szczęka opada. Turkusy były tak intensywne, że dawno czegoś podobnego nie widzieliśmy. Krystaliczna woda, cisza, przestrzeń. Wszystko to zobaczycie na zdjęciach, ale na żywo robi jeszcze większe wrażenie. Płynęliśmy z dwójką małych dzieci, więc tempo rejsu było spokojniejsze. Nam to pasowało. W końcu można było naprawdę zwolnić, wejść w żeglarski rytm. Z Kiry ruszyliśmy przez Alonissos. Tam koniecznie trzeba spróbować lokalnej specjalności, czyli spiralnej zapiekanej serowej pity, z której wyspa jest znana. Do tego wysokie klify i plaże. Po drodze eksplorowaliśmy co drugą zatoczkę, dużo pływaliśmy, jedliśmy i opalaliśmy się. Co ciekawe, świadomie

Uncategorized

Środkowa Dalmacja i Park Narodowy Kornati na pokładzie jachtu Elan 45

Rejsy startujące z Zadaru mają w sobie coś wyjątkowego. To port, do którego wraca się z przyjemnością, nie tylko ze względu na jego klimat, ale i na logistyczną wygodę. Lotnisko jest zaledwie kilkanaście minut drogi od mariny, więc już po krótkiej podróży autobusem czy taksówką można znaleźć się na pokładzie i poczuć zapach morza. Nasz rejs rozpoczął się w lipcu, w dzień, gdy Iga Świątek wygrywała Wimbledon, symboliczny i szczęśliwy początek tygodnia na wodzie. Załoga dojechała chwilę po mnie, kiedy jacht był już odebrany od armatora SunTourist, z którym współpracujemy. Tym razem pływaliśmy na Elanie Impression 45 — jednostce, którą bardzo lubię za jej zrównoważone prowadzenie i solidną konstrukcję. Na pokładzie mieliśmy pełno listwowego grota, panele słoneczne, które zapewniały nam niezależność energetyczną, oraz wygodne siedziska na rufie — idealne miejsce, by podziwiać fale i zachody słońca. Po krótkim szkoleniu z bezpieczeństwa i obsługi jachtu ruszyliśmy w pierwszy przelot, kierując się ku północnemu krańcowi wyspy Ugljan. Tam, w spokojnej zatoce, rzuciliśmy kotwicę, wskoczyliśmy do turkusowej wody i patrząc na zachód słońca, oficjalnie rozpoczęliśmy naszą chorwacką przygodę. Następnego dnia popłynęliśmy w stronę wyspy Molat — mojej ulubionej w północnej Dalmacji. Wody były w tym roku chłodniejsze niż zwykle, bo wiosna nie należała do najcieplejszych, ale przejrzystość i kolory morza jak zawsze zachwycały. Po zacumowaniu w jednej z zatok Molatu, stanęliśmy na kotwicy z cumami do brzegu i ruszyliśmy pontonem do miejscowości Molat. Dzień zakończyliśmy wspólną kolacją nad wodą i rozmowami o planach na kolejne dni. Rankiem odbiliśmy w stronę północnych rejonów Długiego Otoku, by odwiedzić miejsce zatonięcia wraku z lat 80. To kilkudziesięciometrowa jednostka, która od lat stanowi jedną z największych atrakcji snorkelingowych w tej części Adriatyku. Rzuciliśmy kotwicę nieopodal i spędziliśmy przedpołudnie, eksplorując to miejsce pod wodą. Pogoda dopisała, a lekki wschodni wiatr pozwalał na spokojny postój. Po południu przenieśliśmy się nieco niżej, do Zatoki Pantera. To jedno z moich ulubionych miejsc w całej Chorwacji — spokojne, szerokie, z widokiem na charakterystyczną latarnię morską, Veli Rat. Z jej szczytu rozciąga się panorama, która o wschodzie i zachodzie zapiera dech w piersiach. Kolejnego dnia skierowaliśmy się w dół wyspy, do portu Sali. Tam uzupełniliśmy zapasy, kupiliśmy bilety wstępu do Parku Narodowego Kornati i zrobiliśmy obowiązkowy przystanek na kawę i lody — klasyczny rytuał każdego żeglarza odwiedzającego chorwacki port. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej, przez wąskie przejście między Parkiem Krajobrazowym Telašćica a Kornatem. To miejsce zawsze budzi emocje — oznaczone czerwonymi i zielonymi bojami, z wąskim przesmykiem, przez który przejście wymaga precyzji i skupienia. Wieczorem znaleźliśmy spokojną zatokę w samym sercu Kornatów. Słońce chowało się za horyzont, a my staliśmy na kotwicy w zupełnej ciszy. Wspiąłem się wtedy na wzgórze, żeby złapać zasięg i dokończyć kilka rezerwacji kolejnych jachtów. Widok z góry, spokojne morze, pomarańczowe światło dnia i zapach śródziemnomorskich ziół, sprawił, że praca w takich warunkach była czystą przyjemnością, jednocześnie kompletną abstrakcją. Park Narodowy Kornati to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na całym Adriatyku. Archipelag składa się z ponad 80 wysp, wysepek i skał, które rozrzucone są po turkusowym morzu niczym kamienie po pustyni. Surowe, niemal księżycowe krajobrazy kontrastują z intensywnym błękitem wody, tworząc widok, który trudno porównać z jakimkolwiek innym miejscem w Europie. Choć dziś Kornati wydają się bezludne, przez stulecia były wykorzystywane przez pasterzy i rybaków z sąsiednich wysp. Do dziś można zobaczyć kamienne murki (suhozidy), które niegdyś dzieliły pastwiska, oraz małe kamienne domki, w których ludzie chronili się przed słońcem i wiatrem. To, co najbardziej fascynuje w Kornatach, to ich cisza. Kiedy jacht staje na kotwicy w jednej z licznych zatok, dźwiękiem staje się jedynie wiatr, lekkie pluskanie wody i dzwonki kóz niosące się z odległej wyspy. Kornati mają w sobie coś z medytacji — są miejscem, w którym czas zwalnia. Następnego dnia kontynuowaliśmy żeglugę przez Park Narodowy Kornati. Po drodze trafiliśmy na ruiny, które z pozoru wyglądały jak starożytne, a w rzeczywistości były pozostałością po planie filmowym. Chorwacki lipiec przyniósł nam idealne warunki — stały wiatr i spokojne morze. Żeglowaliśmy powoli, ciesząc się każdą milą. Na wyspie Žut zatrzymaliśmy się w jednej z urokliwych zatoczek. Tam, przy nadmorskiej konobie, spędziliśmy wieczór, jedząc kolację z widokiem na zachodzące słońce. Takie miejsca są esencją chorwackiego żeglowania — ukryte wśród skał, dostępne tylko od strony morza, z atmosferą, której nie da się podrobić. Również z cenami tak wygórowanymi, że trudno jest je przebić.  Ostatnie dni rejsu upłynęły nam spokojnie. Płynęliśmy przez Iž oraz Ravę. Obie wyspy znane z małych wsi, z miejscem tylko dla kilku jachtów oraz z garścią restauracji z kuchnią Dalmacji.  Na koniec zatoczyliśmy pętlę wokół Ugljanu i wróciliśmy do Zadaru. Po tygodniu żeglugi zakończyliśmy rejs dokładnie tam, skąd wyruszyliśmy — z wiatrem w żaglach i poczuciem dobrze spędzonego czasu. To był rejs pełen słońca, dobrej pogody i prawdziwego żeglarskiego ducha, dokładnie taki, jaki powinien być środek lata w Chorwacji.

Uncategorized

Wielka flota jachtów Sailingmint

Pierwsza duża flota Sailingmint była dla nas wydarzeniem wyjątkowym. Cztery jednostki i czterdziestu dwóch uczestników wyruszyło razem na tydzień żeglarskiej przygody po Zatoce Sarońskiej. Dwa jachty jednokadłubowce – Jeanneau 54 i Bavaria C50 – oraz dwa katamarany, Bali Catspace i Bali 4.6. Dla mnie, jako kapitana prowadzącego największy z katamaranów, była to szczególna chwila, gdyż trzy pozostałe jednostki powierzono skipperom, których miałem przyjemność uczyć żeglarstwa szkoleniach i rejsach w Chorwacji, na Zatoce Gdańskiej, w Szkocji i na Majorce. Teraz sami dowodzili załogami i prowadzili duże jednostki – widok, który budził we mnie ogromną dumę. Start nastąpił w sobotę z mariny Alimos, do której przywozi nas wynajęty autobus. Sprawny check-in – odbiór jachtów, szybkie zakupy i wspólny briefing przed rejsem, zawieszenie flag Sailingmint oraz polskich bander – flota była gotowa. Naszym pierwszym celem była Aegina, a dokładnie Agia Marina. Tam czekały na nas już zarezerowane miejsca w porcie oraz zorganizowana kolacja w za przyjaźnionej restauracji. Wieczorem po raz pierwszy usiedliśmy razem – czterdzieści dwie osoby przy jednym stole, rozmowy mieszały się z greckimi smakami, a atmosfera zaczynała nabierać biesiadnego charakteru. Rano załogi ruszyły na wzgórze, by zobaczyć ruiny świątyni Afai. Antyczne kolumny i panorama morza zrobiły wrażenie, a po zejściu do miasteczka każdy próbował pistacjowych specjałów, z których Egina słynie – od kremów i ciasteczek po słynne lody w dziewięciu wariacjach, wszystkie pistacjowe. Kolejnym etapem była wyspa Moni. To tam odbył się pierwszy wspólny manewr flotowy – stawanie w tratwę. Każdy jacht rzucił kotwicę, a rufowe cumy poprowadziliśmy do skał. Po chwili cztery jednostki były już spięte burtami, tworząc pływającą bazę. Turkusowa woda zachęcała do kąpieli. Ten obraz – cztery jachty połączone na środku zatoki – był symbolem całego rejsu. Z Moni ruszyliśmy dalej. W prognozach pokazywało nie wiele wiatru przez cały tydzień, mimo tego wszyscy postawiliśmy żagle i ruszyliśmy nieśpiesznie na południe w kierunku głębokiej zatoki na wyspie Poros. Wtedy pierwszy raz odważyłem się wystartować drona z pokładu żeglującego jachtu, lądowanie było conajmniej ekscytujące. Po dotarciu na miejsce, znów połączyliśmy się w wielką sześcio kadłubową tratwę. O poranku obudziły nas głośne stado kóz biegające po stromych skałach brzegu.  Po śniadaniu postanowiliśmy ruszyć w kierunku Ermioni z postojem na kotwicy w innej turkusowej zatoce. W Ermioni stanęliśmy w północnej części miasteczka. Mimo wchodzącej do portu fali udało się wszystkich zacumować bezpiecznie. Największym wyzwaniem była kolacja – posadzić czterdzieści dwie osoby przy wspólnym stole. Greckie specjały zdecydowanie sprawiły, że wyzwanie logistyczne tak dużej grupy poszły w niepamięć.  Kulminacją wyprawy była Hydra. Port słynie ze specyficznego cumowania na winogronko – kotwica na środku basenu portowego, a cumy nie do nabrzeża, lecz do dziobów innych jednostek. Nam udało się połączyć wszystkie cztery jachty w jednym rzędzie, co robiło naprawdę duże wrażenie. Hydra to miejsce wyjątkowe – kamienne domy, wąskie uliczki, brak samochodów i artystyczny klimat. Spacerując po miasteczku, trudno było uwierzyć, że to tylko krótki przystanek w naszym rejsie. Nie obyło się bez przygód. Podczas wyjścia z portu jedna z jednostek zahaczyła kotwicą o podwodny łańcuch, a później płetwą sterową o łańcuch innego jachtu. Niestety powstało uszkodzenie i część depozytu została zatrzymana, ale dzięki ubezpieczeniu kaucji w firmie Pantaenius sprawa została szybko rozwiązana. To była ważna lekcja – nawet przy najlepszym przygotowaniu morze potrafi zaskoczyć, a odpowiednie zabezpieczenie pozwala płynąć dalej bez stresu. Pamiętać należy przede wszystkim aby odebrać od armatora niezbędny zestaw dokumentów wymagany przez ubezpieczyciela.  Po Hydrze obraliśmy kurs na Poros. Zakupy, lody i spacer po miasteczku były krótką przerwą, a wieczór spędziliśmy na dziko w zatoczce. Tam ponownie spięliśmy flotę w tratwę, zjedliśmy kolację na pokładach i korzystaliśmy z ciepłej wody do ostatnich godzin dnia. Ostatnia noc przypadła w Agistri, w północno-zachodniej zatoce. Miejsca było mało, ale udało się ustawić wszystkie jednostki. To była piękna sceneria na zakończenie – spokojna woda, ciche otoczenie i cała flota obok siebie. W piątek rano każdy jacht obrał własny kurs, każdy wstawał o innej porze, by jeszcze raz zatrzymać się w wybranej zatoce. Po południu wszystkie jednostki spotkały się w Alimos. Oddaliśmy jachty i usiedliśmy razem do ostatniej kolacji. Pierwszy flotowy rejs Sailingmint był czymś więcej niż tygodniową żeglugą. To był dowód, że szkolenia, które prowadzimy, naprawdę przygotowują ludzi do samodzielnego prowadzenia jachtów. Dla mnie najważniejszym momentem był widok czterech jednostek stojących razem w Hydrze, prowadzonych przez moich dawnych kursantów. To symbol, że tworzymy społeczność żeglarską, która rośnie i rozwija się razem z nami. I wiem, że była to dopiero pierwsza z wielu flotowych wypraw, które jeszcze przed nami.□

Uncategorized

Szkiery, sauny i cumowanie dziobem do skał

Maj tego roku. Na kei w sztokholmskiej marinie czekał na nas jacht Hanse 468. To właśnie nim mieliśmy popłynąć w tygodniowy rejs w kierunku Wysp Alandzkich. Z Polski przylecieliśmy szybko i wygodnie — bezpośredni lot, a potem transfer do mariny. Sztokholm sam w sobie zasługuje na dłuższe zwiedzanie, ale nasz cel był jasny: odebrać jacht, zrobić prowiant i ruszyć w drogę. Check-in poszedł sprawnie — dobrze utrzymany jacht, solidny takielunek, pełne wyposażenie nawigacyjne. Po kilku godzinach byliśmy gotowi. Pogoda nie rozpieszczała temperaturą, ale wiatr i przejrzyste niebo dawały idealne warunki do żeglugi. Jeszcze tego samego dnia odbiliśmy od kei, kierując się na północny wschód. Żeglowanie w archipelagu sztokholmskim to jedno z największych żeglarskich doświadczeń, jakie można sobie zafundować. Setki, a właściwie dziesiątki tysięcy wysp i wysepek, rozsypanych po morzu jak okruchy granitu. Część z nich to nagie skały, inne porośnięte sosnowymi lasami. Między nimi wąskie przesmyki, zatoki i kotwicowiska, które wydają się stworzone specjalnie dla żeglarzy. Wszystko idyllicznie usiane Szweckimi domkami. Dla sternika to wymarzony akwen — nawigacyjnie wymagający, a jednocześnie niezwykle satysfakcjonujący. Szwedzi dbają o dokładne oznakowanie torów wodnych, czerwone i zielone boje prowadzą jak po sznurku, a w bardziej uczęszczanych rejonach można płynąć niemal „autostradą” po wodzie. Ale wystarczy zboczyć kawałek na bok i już jesteśmy w zupełnie innym świecie — cisza, natura, dzikie kotwicowiska, które potrafią dać poczucie pełnej izolacji. Przez dwa dni posuwaliśmy się właśnie w ten sposób — raz blisko głównego toru, raz błądząc między mniejszymi wyspami. Celem były jednak Alandy. Trzeciego dnia, skoro świt, postawiliśmy żagle i obraliśmy kurs na północny wschód. Przed nami około 30 mil morskich otwartej żeglugi w stronę wyspy Rödhamm — pierwszego przystanku w archipelagu Alandów. To już zupełnie inny świat. Alandy, formalnie część Finlandii, ale autonomiczne i szwedzkojęzyczne, mają własny charakter. Ponad 6 500 wysp i wysepek, z czego zamieszkanych jest niewiele. Żeglarstwo jest tu wpisane w kulturę, a każdy, kto choć raz zawinie do lokalnego klubu jachtowego, czuje tę specyficzną mieszankę gościnności i prostoty. Na wodzie od razu widać różnicę w oznakowaniu. O ile Szwedzi konsekwentnie stawiają na system czerwonych i zielonych boi, Alandczycy preferują stawy kardynalne oraz nabieżniki. Te ostatnie fascynują — dwie wieże ustawione w jednej linii pokazują idealny kurs, którym należy iść, by prześlizgnąć się bezpiecznie między skałami. Precyzja i tradycja, a przy tym spora satysfakcja, gdy prowadzi się jacht „po sznurku”, mając świadomość, że kilka metrów w bok oznaczałoby spotkanie z granitem. Do Rödhamm wpłynęliśmy po południu. Czekał tam na nas kameralny klub jachtowy, w którym oprócz nas cumowała tylko jedna łódź. Dzięki temu było niemal zupełnie pusto i cicho. I całe szczęście, bo to właśnie sąsiedzi użyczyli nam swojej locji Alandów, której nie mieliśmy na pokładzie — mogliśmy sfotografować strony i zrobić własny PDF. To jeden z tych momentów, kiedy żeglarska solidarność naprawdę działa. Największą atrakcją okazała się jednak sauna. Trudno mówić o Alandach czy Finlandii, nie wspominając o tym rytuale. Dla Finów sauna to nie luksus, ale część codzienności. To miejsce, gdzie spotyka się z przyjaciółmi, omawia sprawy, odpoczywa i oczyszcza. W marinach niemal zawsze można liczyć na saunę, często zbudowaną tuż przy brzegu, z oknem wychodzącym na morze. Tego wieczoru mieliśmy saunę tylko dla siebie. Rozgrzane drewno, para, cisza — a za oknem widok na zachodzące nad Bałtykiem słońce. Co kilkanaście minut wybiegało się z nagrzanego pomieszczenia prosto do zimnej wody. Zanurzenie, mocny oddech, a potem powrót do gorąca. Krążenie krwi, energia, poczucie oczyszczenia. Po wizycie w Rödhamm prognozy zaczęły się zmieniać. Nadciągał mocniejszy wiatr, więc musieliśmy pomyśleć o tym, by znaleźć spokojniejsze i bardziej osłonięte miejsce. Kurs wyznaczyliśmy na wyspę Sommarön To była perełka – niewielka przystań, taki półdziki klub żeglarski, jakby zatrzymany w czasie. Drewniane pomosty, kilka lokalnych łódek, żadnego pośpiechu. Wpłynęliśmy spokojnie wykorzystując nabieżniki, rzuciliśmy kotwicę i spędziliśmy tam dzień. Zrobiliśmy obiad na pokładzie, a wieczór upłynął w przyjemnej, niemal rodzinnej atmosferze. W takich miejscach ma się poczucie, że żeglarstwo to nie tylko sport, ale i kultura – styl życia, w którym liczy się wspólnota i szacunek do przyrody. Z Sommarön ruszyliśmy dalej, głębiej w archipelag. Naszym celem było kotwicowisko przy wyspie Halsterskär. Miejsce uznawane przez lokalnych żeglarzy za bardzo bezpieczne i osłonięte od zmiennych wiatrów, idealne na noc, szczególnie przy rosnącym wietrze. Noc spędziliśmy na luźnej kotwicy. To jedno z tych doświadczeń, które naprawdę budują charakter załogi – lekki szum drzew, cisza przerywana tylko odgłosami fal uderzających o burtę, a nad nami niebo usiane gwiazdami. Następnego dnia rano poszliśmy o krok dalej. W ruch poszedł dron – użyliśmy go do rozpoznania otoczenia, sprawdzenia, gdzie można bezpiecznie podejść bliżej. Szukaliśmy skałki, która pozwoli nam zrobić to, co w Szwecji jest absolutnym klasykiem żeglarstwa: cumowanie dziobem do skał. Cumowanie dziobem do skały to prawdziwy popis szwedzkiej kultury żeglarskiej i coś, co nadaje rejsowi zupełnie wyjątkowy charakter. Manewr zaczyna się od zrzucenia z rufy dodatkowej, około piętnastokilogramowej kotwicy na linie, przygotowanej specjalnie do takich akcji. Następnie, z ogromną precyzją, podprowadza się dziób jachtu wprost pod wybraną skałkę. W tym momencie ktoś z załogi robi desant – wyskakuje na ląd i przejmuje odpowiedzialność za mocowanie cum. Dwie cumy dziobowe prowadzi się na przeciwne strony, stabilizując jacht przy skale. Nie zawsze jednak natura ułatwia zadanie. Granitowe skały bywają gładkie i pozbawione drzew czy naturalnych występów, do których można byłoby przywiązać linę. Dlatego armator wyposażył nas w specjalne piny – stalowe haki skalne, które wbija się w skałę młotkiem. Do przymocowanego w ten sposób ucha przewleka się linę i dzięki temu dziób jachtu trzyma się stabilnie, niemal jak przy klasycznej kei. To manewr wymagający precyzji – sternik musi podejść blisko, na centymetry, tak by nie uszkodzić kadłuba, a jednocześnie dać załodze miejsce na desant. Adrenalina w połączeniu z satysfakcją – właśnie to sprawia, że żeglowanie w Szwecji i Finlandii ma tak niepowtarzalny smak. Na Halsterskär spędziliśmy kilka godzin na zwiedzaniu wyspy i cieszeniu się ciszą. Tego typu miejsca pokazują, że żeglowanie po szkierach to coś znacznie więcej niż tylko nawigacja – to styl bycia blisko natury, ale z żeglarską nutą przygody i wyzwania. Po kilku dniach żeglugi dotarliśmy do Mariehamn – stolicy

Uncategorized

Zatoka Gdańska, idealny akwen do nauki żeglarstwa

Pływanie po Zatoce Gdańskiej to nie tylko przyjemność żeglowania w jednym z najciekawszych rejonów polskiego wybrzeża, ale też doskonała okazja do nauki i szlifowania umiejętności manewrowych. Różnorodne porty, dobre warunki techniczne i zróżnicowane sytuacje na wodzie sprawiają, że to idealne miejsce, by przygotować się do samodzielnego prowadzenia jachtu. Niezależnie od tego, czy ktoś planuje krótkie rejsy w Polsce, czy tygodniowe czartery na innych morzach, solidne opanowanie manewrowania właśnie tutaj daje mocny fundament do bezpiecznego i pewnego żeglowania jako samodzielny skipper. Bliskość tego akwenu sprawia, że z wielu miast w centralnej Polsce można tu dojechać w kilka godzin. A na miejscu czeka nas nie tylko urozmaicona linia brzegowa i Bałtyckie warunki pogodowe, ale przede wszystkim świetna infrastruktura portowa, która idealnie nadaje się do ćwiczenia manewrów. Jeśli chcesz dołączyć do jednego z naszych szkoleń kliknij tutaj. Najpopularniejszym miejscem rozpoczęcia rejsu jest Przystań Cesarska niedaleko centrum Gdańska. Tutaj baza jachtów czarterowych jest największa spośród Trójmiejskiej oferty. Rozpoczynamy więc w sercu Gdańskiego kanału portowego. Bardzo ważne jest aby uzyskać przez radio UKF pozwolenie na poruszanie się po akwenie od Kapitanatu Gdańsk na kanale 14. Żegluga kanałem w sąsiedztwie dużych statków oraz tor podejściowy przy Westerplatte to świetna okazja aby poćwiczyć locję oraz oznakowanie akwenu. Szczególnie w nocy w drodze na przykład do Sopotu, oświetlające latarnie świetnie sprawdzą się w nawigacji terestrycznej.  Sopocka marina to jedno z bardziej prestiżowych miejsc na mapie polskiego wybrzeża. Położona na końcu słynnego molo, w otoczeniu eleganckiej architektury i piaszczystych plaż. o piękna lokalizacja, która oferuje świetne warunki do treningu manewrowego w nowoczesnym i dobrze utrzymanym porcie. Obsługa mariny jest pomocna i profesjonalna, co tworzy komfortowe warunki dla załogi. Wejście do mariny jest relatywnie odsłonięte na wiatr i falę. Sopocka marina operuje na kanale 63 VHF. Gdyńska marina, położona w sercu miasta, to symboliczna kolebka polskiego żeglarstwa morskiego. To właśnie stąd wypływały legendarne jachty i tu swoją historię zaczynało wielu znanych kapitanów. Starsza część portu ma swój charakter i klimat – żeglarskie tradycje czuć na każdym kroku, a otoczenie nabrzeża sprzyja zarówno szkoleniu, jak i chwilom odpoczynku na lądzie. Od strony manewrowej to dobre miejsce na ćwiczenia, choć warto mieć na uwadze, że miejsca przy Y-bomach są bardzo ciasne. Wymaga to precyzyjnego prowadzenia jednostki, opanowania i dobrej współpracy załogi. Takie warunki dobrze przygotowują do sytuacji, z jakimi można spotkać się w wielu portach północnych. Ciekawą destynacją na trasie po Zatoce Gdańskiej jest port w Helu, położony na samym końcu Półwyspu Helskiego. Choć to już nieco dalej niż pozostałe mariny, warto się tam wybrać – zwłaszcza że port jest dobrze osłonięty i oferuje dużo przestrzeni do manewrowania, co daje komfort przy podejściu i cumowaniu. To dobre miejsce, by na spokojnie poćwiczyć różne manewry, bez presji ciasnych kei czy wzmożonego ruchu. Po zejściu na ląd Hel ma też sporo do zaoferowania – klimatyczne restauracje i bary sprawiają, że wieczór w porcie może być przyjemnym zakończeniem dnia na wodzie. W drodze powrotnej, lub kiedy prognozowane są silne wiatry, marina w centrum Gdańska oferuje świetne schronienie. Pamiętajcie o tym aby przed wpłynięciem w kanał portowy zgłosić zamiar Kapitanatowi Gdańska, na kanale 14 VHF. Okolice Głównego Miasta, wraz ze słynnym dźwigiem tworzą świetną atmosferę. Aby wpłynąć do mariny należy skoordynować się z podnoszoną kładką na Ołowiankę, operuje na kanale 15 VHF. W sezonie letnim otwierana jest o pełnych godzinach na 30 min. Sama marina ma niewiele miejsc, warto jest zarezerwować miejsce wcześniej. Podsumowując naszym zdaniem porty i akwen Zatoki Gdańskiej świetnie nadają się do nauki żeglarstwa i manewrów jachtami, a latem to przyjemnych rejsów turystycznych. □

Uncategorized

Greckie destynacje żeglarskie i jak wybrać najlepszy region dla siebie

Grecja to żeglarski raj, który kusi żeglarzy z całego świata swoją różnorodnością. Każdy akwen ma swój własny charakter, swoją pogodę, swoją historię. Wybór trasy to nie tylko decyzja o tym, które wyspy odwiedzimy, ale także jakiej żeglugi możemy się spodziewać – czy będzie spokojna i relaksująca, czy pełna emocji i zmagań z wiatrem. Najłatwiejszym i najbardziej przewidywalnym miejscem do żeglugi jest Zatoka Sarońska. Wody osłonięte od silnych wiatrów, przynajmniej z północy, sprawiają, że rejs tutaj to czysta przyjemność, zwłaszcza dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z żeglowaniem. Płynąc z Aten, już po kilku godzinach znajdziemy się w klimatycznych portach na wyspach takich jak Egina, Poros czy Hydra. Główna baza czarterowa to marina Alimos w Atenach, do której łatwo dotrzeć z międzynarodowego lotniska w Atenach. Tu nie trzeba martwić się o silny wiatr z Meltemi – wiatr jest słabnie osłonięty Attyką, a dystanse między wyspami są krótkie. Dzięki temu zarówno jachty jednokadłubowe, jak i katamarany mają tu komfortowe warunki – nie ma wysokiej fali, a porty oferują w miarę dobrą infrastrukturę. To świetna opcja na tygodniowy rejs, podczas którego można delektować się spokojnym pływaniem, grecką kulturą i starożytną atmosferą. Dla tych, którzy szukają większego wyzwania, są Cyklady – serce greckiej żeglugi. Tu Meltemi rządzi niepodzielnie. W lecie potrafi osiągać 6-7 w skali Beauforta, a czasem więcej, co oznacza silny wiatr i wysoką, krótką falę. Główna baza czarterowa to Ateny (marina Alimos lub Lavrio), skąd w kilka godzin można dotrzeć na pierwsze wyspy. Lotnisko w Atenach jest dobrze skomunikowane, a Lavrio oddalone jest o około 40 minut jazdy. Żeglowanie w tych warunkach to prawdziwa przygoda – wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca. Duże jachty jednokadłubowe dobrze radzą sobie na fali, ale mimo wszystko bywa uciążliwe nawet dla doświadczonych załóg i stanowi wyzwanie. Nie polecał bym na tą trasą katamaranu. Każda wyspa to inny świat: Mykonos tętni życiem i przyciąga miłośników imprez, Kithnos kusi oryginalną zatoką oraz gorącymi źródłami, a Delos spektakularne starożytne ruiny. Planując rejs na Cykladach trzeba dobrze zaplanować trasę, bo nie każdy port zapewnia dobre schronienie. Jeśli ktoś woli bardziej zielone krajobrazy i spokojniejsze warunki, to idealnym miejscem są Wyspy Jońskie. Tutaj wiatr jest łagodniejszy i bardziej przewidywalny – zazwyczaj wieje po południu, dając idealne warunki do leniwej żeglugi. Warunki przypominają te znane z wybrzeży Dalmacji. Główne bazy czarterowe to Korfu, Lefkada. Lotnisko na Korfu obsługuje liczne loty międzynarodowe, a Lefkada jest połączona mostem z lądem, co ułatwia transfer z lotniska w Prevezie. Corfu, Lefkada, Kefalonia, Itaka  – to wyspy pełne zieleni, uroczych zatok i piaszczystych plaż. W przeciwieństwie do Cyklad, wody Jońskie nie mają silnych prądów i wysokiej fali, co czyni je świetnym miejscem dla rodzin i tych, którzy cenią komfortową żeglugę. Katamarany sprawdzają się tu doskonale, bo przestronne pokłady pozwalają w pełni cieszyć się widokami, a dominujące delikatne wiatry umożliwiają spokojne przemieszczanie się między wyspami. Są też Sporady – mniej znane, ale równie zachwycające. Tutaj klimat jest inny – bardziej wilgotny, przez co wyspy są bujnie porośnięte lasami. Skiathos i Skopelos słyną z pięknych plaż, a Alonissos z rezerwatu morskiego, gdzie można spotkać foki. Główna baza czarterowa to Skiathos, gdzie znajduje się lotnisko obsługujące loty międzynarodowe. Żegluga tutaj nie jest trudna, choć wiatr może czasem przybrać na sile. Latem dominują tu stabilne warunki, a fale nie osiągają dużych wysokości. Jachty jednokadłubowe sprawdzą się dobrze, katamarany również będą miały tutaj swoje zalety – zwłaszcza przy dłuższych postojach na kotwicy w spokojnych zatokach. Na koniec mamy Dodekanez, archipelag niedaleko wybrzeży Turcji. To mieszanka greckiej i orientalnej kultury. Kos, Rodos, Symi – każda wyspa ma swój niepowtarzalny charakter. Główne bazy czarterowe to Kos i Rodos, oba z międzynarodowymi lotniskami obsługującymi liczne loty z Europy. Wiatr w tym regionie jest umiarkowany, a pogoda stabilna, co czyni Dodekanez atrakcyjnym miejscem na spokojny rejs z domieszką historii – bo przecież to tutaj znajdziemy średniowieczne zamki i starożytne ruiny. Dla żeglarzy oznacza to komfortowe warunki. Wybierając się na czarter w Grecji, warto zastanowić się, czego się szuka – relaksu czy wyzwania, krótkich przelotów czy długich halsów, gwaru turystycznych wysp czy ciszy ukrytych zatok. Warunki pogodowe, specyfika wiatru i charakterystyka akwenu wpływają na to, jaki rejs czeka żeglarzy. Niezależnie od wyboru jedno jest pewne – Grecja nigdy nie zawodzi żeglarzy. □

Uncategorized

Rejs szlakiem destylarni Whiskey

Szkocja to mekka dla żeglarzy pragnących poznać smak wód północnych. Malownicze krajobrazy, surowa natura, silne pływy i tradycja whisky tworzą niepowtarzalne tło dla rejsu w tych wymagających wodach. Nasza załoga, grupa przyjaciół, zdecydowała się na wyjątkową przygodę – rejs jachtem Oceanis 45. Ten szybki, przestronny i wygodny jacht idealnie sprawdził się w roli pływającego domu podczas tej wyprawy. Jako skipper, Alex, zorganizowałem wszystko, by każdy dzień na wodzie był pełen wrażeń. Wyruszaliśmy z mariny Yacht Haven w Largs, po zapoznaniu się z jachtem i wypakowaniu rzeczy. Zrobiliśmy zakupy oraz odprawę bezpieczeństwa. Obliczyliśmy, że warto wypłynąć jeszcze tego samego dnia, pływ i wiar sprzyjały, by obrać kurs na Islay. Rejs rozpoczął się spokojnie, a nocna żegluga pozwoliła nam dotrzeć wcześnie rano do Port Ellen. Już pierwszego dnia mogliśmy poczuć siłę szkockich pływów – nasz jacht, przy minimalnych obrotach silnika, osiągał prawie 9 węzłów, mijając Mull of Kintyre. Zacumowaliśmy chwile po wschodzie słońca, idealny czas aby cieszyć się spokojem malowniczej wyspy Islay. Po południu czekała nas prywatna wycieczka po destylarni. Cumując w porcie, postanowiliśmy jednak zmienić plany i zakotwiczyć jacht tuż przed destylarnią Lagavulin. Pontonem dotarliśmy na ląd, by wziąć udział w wyjątkowej degustacji whisky. Rejs do tej legendarnej destylarni i możliwość połączenia żeglugi z kulturą Szkocji to doświadczenie, które trudno opisać słowami. Kolejny etap naszego rejsu prowadził na wyspę Jura. Zatrzymaliśmy w zatoce, chwytając boję, i spędziliśmy wieczór w lokalnym pubie, chłonąc szkocką atmosferę i poznając lokalnych mieszkańców. Następnego dnia kontynuowaliśmy żeglugę między Islay a Jurą, zatrzymując się w kolejnej destylarni, Bunnahabhain, by uzupełnić naszą podróż o kolejne smaki i doświadczenia. Motyw kotwiczenia jachtu zaraz przed destylarnią w tak odległym regionie, nie przestanie mnie ekscytować. Rejs na północ przyniósł zmianę scenerii, gdy dotarliśmy na wyspę Ulva, gdzie znaleźliśmy malownicze kotwicowisko. Zanurzyliśmy się w pełni w dzikie piękno Hebrydów.  Kolejne dni to eksploracja wyspy Lunga, znanej z licznej kolonii maskonurów. Obserwowanie tych ptaków z bliska było jednym z najpiękniejszych momentów rejsu, a surowa natura dodawała całości magicznego charakteru. Mogliśmy podejść na odległość centymetrów do tych majestatycznych ptaków. Po tych przyrodniczych atrakcjach skierowaliśmy się do Tobermory na wyspie Mull. Rejs do tego miasteczka, z jego kolorowymi fasadami i mariną tętniącą życiem, był pełen zachwytów. Zwiedziliśmy destylarnię, a wieczorem cieszyliśmy się gościnnością mieszkańców i innych żeglarzy, których poznaliśmy cumując w marinie. Szkoci są bardzo przyjaźni. Następnym celem rejsu był Oban, stolica regionu. Warunki wiatrowe sprzyjały, a czas wypłynięcia został dokładnie wyliczony tak aby sprzyjał nam prąd. Już na miejscu spróbowaliśmy lokalnych specjałów, takich jak świeże ostrygi i krewetki, okazuje się, że ta okolica morza północnego jest bogata w owoce morza. Po popołudniowym zwiedzaniu miasta, pełnego Szkockiej architektury, muzyki granej na kobzach przez uczniów szkoły muzycznej, zdecydowaliśmy się spędzić noc na kotwicowisku. Planem było przepłynięcie Kanału Crinan w jeden dzień. Musieliśmy zacząć przeprawę jak najwcześniej. aPo wieczorze spędzonym na kotwicy ruszyliśmy do wejścia do Kanału Crinan, ale niski poziom wody uniemożliwił nam przejście. Musieliśmy zmienić plany i popłynąć wokół. Rejs wokół Mull of Kintyre wymagał precyzyjnego planowania – silne pływy i wzmagający się wiatr sprawiły, że nocna żegluga do Campbeltown była intensywna, ale dzięki dobrej organizacji zakończyła się sukcesem. Ostatni dzień naszego rejsu spędziliśmy w Campbeltown, delektując się lokalną atmosferą, a po południu ruszyliśmy w finałowy etap rejsu z powrotem do Largs. Cała wyprawa była pełna niezapomnianych chwil, pięknych krajobrazów i prawdziwych żeglarskich wyzwań. Szkocja to miejsce, które każdy żeglarz powinien odkryć, a taki rejs to spełnienie marzeń o żegludze wśród natury, prądów i pływów.□

Uncategorized

Grecja w pigułce, czyli Zatoka Sarońska na katamaranie Bali 4.6

Nasza przygoda rozpoczęła się w marinie Alimos w Atenach, gdzie załoga spotkała się przy Bali 4.6 – przestronnym, nowoczesnym katamaranie, który miał stać się naszym domem na wodzie przez najbliższy tydzień. Na pokładzie mieliśmy wszystko, czego potrzeba, by cieszyć się komfortowym rejsem: przestronny kokpit, wygodne kabiny i panoramiczne widoki z salonu. Ale także generator, klimatyzację i kostkarkę do lodu. Po sprawdzeniu sprzętu i wypełnieniu bakist zapasami świeżych owoców, oliwy i lokalnych win, zrobiliśmy odprawę i wyruszyliśmy na spokojne wody Zatoki Sarońskiej. Już po kilkunastu minutach żeglugi za nami zostały widoki ateńskich wzgórz, a przed nami rozciągał się błękit morza, kuszący przygodą. Pierwszym celem była Aegina, wyspa słynąca z pistacji, oddalona zaledwie o kilka godzin żeglugi. Na podejściu do portu podziwialiśmy inne jachty i gwar miasteczka, które od razu wprowadziło nas w grecki klimat. Po zacumowaniu ruszyliśmy eksplorować miasteczko. Trafiliśmy do lokalnego sklepu wypełnionego pistacjowymi specjałami. Były tu pistacje na słodko, na słono, w miodzie i czekoladzie, a także wszelkie inne wyroby na ich bazie. Nie mogliśmy się oprzeć 9 smakom pistacjowych lodów, o których z taką pasją opowiadał sprzedawca. Wieczór spędziliśmy w tawernie kosztując lokalne specjały. Z samego rana ruszyliśmy na zwiedzanie słynnych ruin świątyni Afai. Położona na wzgórzu, otoczona sosnowymi lasami, świątynia oferowała widok zapierający dech w piersiach – błękit morza i zarys sąsiednich wysp na horyzoncie. Spacerując między kolumnami, czuliśmy ducha starożytnej Grecji, jakby czas cofnął się o dwa tysiące lat. Niedzielne po południe spędziliśmy w zatoce na kotwicy, kąpiąc się w turkusowej wodzie, a później relaksując się na pokładzie. Na wieczór jednak skierowaliśmy się maleńkiego portu Vathy na wulkanicznej wyspie Methana. Gdzie dosłownie kilkanaście jachtów mieści się ciasno przy nabrzeżu z kilkoma restauracjami. Następnego dnia postawiliśmy żagle i skierowaliśmy się ku Poros. Wiatr był idealny, a katamaran spokojnie sunął po wodzie. Przed dotarciem do portu zrobiliśmy postój w jednej z zatok, gdzie rzuciliśmy kotwicę i zabezpieczyliśmy się linami do brzegu., tworząc jakby kąpielisko. Woda była tu tak przejrzysta, że bez problemu widzieliśmy dno i ławice małych ryb pływających wokół. Wieczorem zacumowaliśmy w Poros, pełnym wąskich uliczek i urokliwych tawern. Udaliśmy się do Gia Mas – restauracji polecanej przez innych żeglarzy. Świeże owoce morza, moussaka i domowe wino przy stole z widokiem na port stworzyły niezapomnianą atmosferę. Właściciel restauracji, pełen energii, wciągnął nas w grecki taniec, co tylko dodało kolorytu temu wyjątkowemu wieczorowi. Kolejnego dnia, mimo południowych wiatrów i z otwartego morza Egejskiego, dotarliśmy na Hydrę. Jej port, otoczony kamiennymi budynkami, wyglądał jak z pocztówki. Niesamowicie mały porcik, wiecznie po brzegi wypełniony lokalnymi łódkami oraz żeglarzami. Bardzo trudno tutaj zacumować, jadnak dzięki determinacji oraz współpracy załogi i innego jachtu, udało nam się. Wyspa ta, znana z zakazu ruchu samochodowego, sprawiała wrażenie, jakby czas się tu zatrzymał. Transport odbywał się na osłach, co nadawało miejscu unikalny charakter. Spacerując brukowanymi uliczkami, trafiliśmy na klimatyczne galerie i kafejki z widokiem na zatokę. Wieczorem zrelaksowaliśmy się w jednej z tawern, obserwując zachód słońca. Poranek spędziliśmy niespiesznie pijąc kawę i obserwując budzące się do życia piękne miasteczko. Lekko zmęczeni intensywnością cywilizacji, następną noc postanowiliśmy spędzić na kotwicy, w spokojnej, osłoniętej od wiatru i fal zatoce. Takie wieczory i spokojne noce zapamiętuje z rejów najlepiej, można skakać do wody w czasie zachodzącego słońca. W drodze powrotnej odwiedziliśmy starożytny teatr w Epidauros, słynący z doskonałej akustyki. Było to jedno z tych miejsc, które przypominają, jak wielkie osiągnięcia mieli starożytni Grecy. Ostatni nocleg spędziliśmy w Korfos, gdzie tawerny nad samym brzegiem oferowały jedne z najlepszych greckich dań, jakie mieliśmy okazję próbować. Szczególnie smakowała nam grillowana ośmiornica i świeża sałatka z lokalnych warzyw i sera feta. Co jadnak zaskoczyło mnie najbardziej, to pływające w okół jachtu żółwie. Ostatni dzień to spokojna żegluga z powrotem do Alimos. W drodze do Aten nie mogliśmy przestać wspominać chwil spędzonych na wodzie – od zwiedzania starożytnych miejsc, przez żeglarskie wyzwania, po chwile relaksu w krystalicznych wodach Zatoki Sarońskiej. Po zdaniu jachtu zakończyliśmy naszą podróż spacerem po centrum Aten, marząc już o kolejnym rejsie po greckich wyspach.□

Przewijanie do góry